2 miesiące i co?

29.02

1/6 roku już za nami. Dużo pozytywnych rzeczy zdarzyło się przez te dwa miesiące.

Sylwestra spędziliśmy u P. Tydzień później pojechaliśmy na weekend do Wrocławia. W planach był wyjazd do Zamościa i Lublina oraz w góry. Ten pierwszy przełożyliśmy na korzyść drugiego, a ten ostatni nie wypalił, bo domek, w którym mieliśmy spać z powodu mrozów okazał się niedyspozycyjny. Nie wyszło to nam na złe, bo zaczął się czas kiedy byliśmy odwiedzani i nas odwiedzali. Najpierw byliśmy u M.i A. Oni spodziewają się dzidziusia. Pachnie od nich ciepłem, jeśli można tak powiedzieć. Widzieliśmy ich pierwszy raz od ślubu w lipcu. Później był u nas K., który nocował w Kra. Pierwszy raz od swojego ślubu w lipcu 2010. Oni z kolei mają już małą córunię. Później M.i A. odwiedzili nas, wpadli też państwo Cz. A tydzień później organizowaliśmy imprezę (po raz pierwszy od pół roku) i przyjechali do nas państwo Sz. Ci, z kolei, zostawili 5-miesięcznego synka i świecili pozytywnym przykładem rodzicielstwa. Był też J. z R. – z nimi się widzieliśmy akurat w grudniu, więc nie tak dawno. A chyba dwa tygodnie później odwiedziliśmy G.i W. Ich też nie widzieliśmy od ich ślubu, ale tym razem we wrześniu. Było tak fajnie, że zostaliśmy na noc.

Byliśmy też na lodowisku, na wieczorze gier planszowych, gotowaliśmy z różnych przepisów, zrobiliśmy sobie sesję fotograficzną w plenerze, byliśmy dwa razy i dominikanów, nasze niedzielno-porankowe randki zaczęły się udawać, sobotnia jajecznica w dalszym ciągu była tą tradycyjną. Byliśmy też na wymianie książek, dzięki czemu mam Zafona, a K. ma jakąś książkę historyczną i książkę o rysowaniu. Dukaja też ma. Inne książki nam zwinęli inni czytacze, bo spóźniliśmy się, przyglądając się od środka naszej kawiarni do odwiedzenia i zamówienia w niej kawę i kawałka czekolady z żurawiną. Oprócz tego od jakiegoś czasu brzuszki, a od dwóch tygodni 3 razy w tygodniu robimy trening pilatesa ( byliśmy w empikowym outlecie i zakupiliśmy prawie w ogóle nie zniszczoną książkę z pilatesa, przewodnik po Pradze i książkę do mojego nowego certyfikatu z angielskiego)

Zapisaliśmy się na włoski. Co tydzień siedzę nad włoskim, angielskim, czytam po rosyjsku. Niestety, po polsku czytam tylko, jak to zauważył mój Mżonek, poradniki albo książki z przekładoznawstwa. Sięgnęłam ostatnio po poezję i po literaturę mojej jugosłowiańskiej (wiem, że już nie, ale inaczej się nie da) pisarki. Prowadzę ów przedmiot, co sprawiło, że muszę się dokształcać różnorako. Toczę swój spór z tym gburem, co nie zapłacił (mam nadzieję, że już niedługo), sprzedałam nieużywane buty, dzięki temu mogę kupić takie upatrzone, zakupiłam wymarzony wiosenny płaszczyk(na ciuchach, a jakże), koszulę i baletki. Byłam na dwóch rozmowach kwalifikacyjnych, z czego w ostatniej firmie chciałabym pracować w jakiś sposób. Dostałam się na praktyki do biura tłumaczeń, rozpoczęłam kurs informatyczny. Mam (chyba, bo póki co pierwsze lekcja) nową uczennicę, która (jakiż świat mały) jest lektorką języka włoskiego. Mam biurko, zajęłam się wyglądem mieszkania. Byłam u kosmetyczki – po raz czwarty chyba w życiu. Byłam też na szkoleniu z prawa autorskiego. Zaliczyłam przedmioty na doktoranckich i przesłałam referat do publikacji.

Rozpoczynam w ten weekend studia podyplomowe z przedsiębiorczości i myślałam, że będzie okazja odwiedzić K. w Warszawie. Ale tym razem nie. Założyli mi dziś (wytrzymałam!) stały aparat ortodontyczny i zęby (póki co!) bolą jak cholera! A w domu same twarde orzechy do zgryzienia. Na szczęście posiłkuję się jogurtem.

Ciekawe co będzie dalej.

P.S. z powodu w/w wydarzeń nasz budżet w lutym przekroczył wszelkie dopuszczalne normy (wiem, bo od stycznia spisuję wydatki), ale spisaliśmy nasze dochody i zastanawiamy się jak je użyć i jaki plan na życie przyjąć.

A w powietrzu czuć wiosnę.

Nieuczciwy klient.

Tak, jestem zdenerwowana. Złapałam się na taktykę prowadzoną przez oszusta. A zaczęło się tak.

Dałam kiedyś ogłoszenie w portalu ngo o tłumaczeniach wolontariackich. Wykonałam kilka takich ogłoszeń. Zgłosił się do mnie jakiś pan, proponujący wycenę tłumaczenia budowy kotłów. Zrobiłam ją. Po czym zadzwonił i zlecił mi to zlecenie. Nic nie mówił o podpisaniu umowy, ale wysłał przelewem połowę kwoty. Później miałam wykonać tłumaczenie w wyznaczonym terminie, a że oddałam kilka dni później, po ponaglającym telefonie, to i nie ubiegałam się o zapłacenie przed wysłanie. Przyjął tłumaczenie. Zapytałam się kiedy zapłaci. Odpowiedział, że kiedy klient zaakceptuje tłumaczenie. Więc czekałam do stycznia. W styczniu zadzwoniłam raz, współczuł mi, był przekonany, że sprawa została już wyjaśniona. Jakaś przysłowiowa Pani Bożenka miała to sprawdzić. Ciągnęło się to kilka dni. Komuś przelali dwa razy, ale już naprawione. Więc sprawdzam konto dzień, drugi, trzeci, piątego dnia wysyłam mail, czy nie pomylił się z numerem konta. Zero odzewu, dzwonię, cisza. Piszę, że ma zapłacić do piątku. Pisze w poniedziałek, że nie ma go w Polsce, zajmie się we wtorek. Więc jeśli się zajął sprawdzam konto w środę i w czwartek (już mamy luty, bo czwartek był wczoraj). Coś nie coś sprawdziłam i patrząc, że konto jest puste, proszę go o potwierdzenie przelewu. Jeśli mi go nie wyśle dostanie ostateczne wezwanie do zapłaty, po czym skieruje sprawę do sądu. Zadzwonił, zaczął mi grozić, przekrzykiwać, mówić, że mam mu wystawić fakturę, bo on już przelał. A ja na to, że nie grożę, że mam podstawę, że wystawić to on mi ma, ale umowę o dzieło.

Kilka godzin później dostaję od niego sms (a więc korzysta z telefonu!), że przelew został anulowany i że czeka na wezwanie. Zastanowiło mnie trochę jak w czwartek można anulować przelew wysłany w środę, bo z tego co wiem, jest to dosyć skomplikowane. A przecież wiadomo, że nie wysłał, że okłamał, jak już nie raz.

I coś mi się wydaje, że te 300 zł drogo mnie będą kosztowały.